O szkole

Ekonomik Rzeszów to szkoła, w której nie ma rzeczy niemożliwych. Pełna życia i pozytywnej energii. Jest zródłem motywacji dla uczniów jak i dla nauczycieli. Kształci nas w trzech kieunkach, ale oprócz tego każdy może rozwijać swoje indywidualne zainteresowania. Blog ten jest prowadzony przez uczniów. To nasz mały kreatywny zakątek, gdzie będziemy relacjonować wydarzenia ze szkoły i ze świata, nie zabraknie luźnego języka, poczucia humoru, ani rozrywki!

Dzień Śpiocha

Coś ostatnio zaspani chodziliśmy po korytarzach. Przytulna aura przeniosła się na mury naszej szkoły i od razu wszyscy poczuliśmy się jak w domu! Tym razem Samorząd Uczniowski zorganizował dzień tematyczny z piżamami w rolach głównych. Każdy kto miał na sobie piżamkę uniknął w tym dniu pytania i niezapowiedzianych kartkówek.






Dzień kobiet w Ekonomiku

Długo nas tu nie było, ale nie zapomnieliśmy o Was! Czas po prostu biegnie nie ubłagalnie, a my podobnie, jak pozostali uczniowie, mamy dużo na głowie. To nie znaczy, że samą nauką uczeń ekonomika żyje! Co to, to nie. W naszej szkole dużo się dzieje i nie można narzekać na nudę, a oto dowody.

W raz z nadejściem dnia 8. marca chłopcy zrobili nam nie lada niespodziankę! Każda kobieta z okazji swojego święta dostała symboliczny prezent w postaci tulipanów lub małej przekąski. Ponadto szkolni dżentelmeni rozdawali piękne kwiaty i częstowali uśmiechem każdą napotkaną panią. Trzeba przyznać, że to naprawdę miły gest z ich strony. Dziękujemy za pamięć i wspaniałe życzenia! 











Kwiaty i zieleń, czyli... wiosna!

W marcu nareszcie zawitała do nas długo oczekiwana wiosna! Takiej okazji nie można przegapić. Uczniowie Ekonomika postanowili odpowiednio uhonorować ten dzień, więc Samorząd Uczniowski zmobilizował szkolną społeczność do założenia ubrań w zielonych odcieniach, lub z kwiatowymi motywami. A wszystko po to, by uczcić nadejście długo oczekiwanej wiosny! Kto w tym dniu miał na sobie coś zielonego był również wolny od pytania i niezapowiedzianych kartkówek. Jak widać opłacało się. 






Mikołajki w Ekonomiku

Jak co roku tak i w tym w naszej szkole pojawił się święty Mikołaj wraz ze swoimi pomocnikami. W piątek 4 grudnia odbył się dzień tematyczny z okazji mikołajek. Wszyscy uczniowie, którzy przyodzieli w tym dniu brodę św. Mikołaja, wykonaną własnoręcznie lub gotową czy też narysowaną, mogli uniknąć pytania oraz niezapowiedzianych kartkówek. Mikołaj od samego rana odwiedzał w klasach wszystkich uczniów i nauczycieli, sprawdzając, jak przebiega nauka. Na czwartej godzinie lekcyjnej wszyscy udali się na aulę i tam nastąpiło oficjalne przywitanie gościa specjalnego. Każda klasa miała za zadanie napisać list do świętego Mikołaja, pokrótce wyjaśniając w nim, dlaczego zasłużyła na prezent. Wielkim zaskoczeniem był dla wszystkich występ przedstawiciela klasy III-bt, który zarapował wcześniej napisany przez kolegów tekst. Wywołał tym samym wielki aplauz i aprobatę ze strony uczniów, jak i nauczycieli.  Przedstawiciele klas podczas prezentacji kierowali także prośby do Mikołaja o wiele dobrego między innymi o dobrze zdaną maturę, śnieg czy słodycze. Niektóre z nich zostały spełnione. Jako że dzień ten miał charakter wyjątkowy, nauczyciele odpuścili odpytywanie przy tablicy, a wszelkie sprawdziany i kartkówki zostały przeniesione na inny termin. Mikołaj cierpliwie wysłuchał każdą klasę i wynagrodził uczniów słodkościami. Całe spotkanie było nabrało jeszcze bardziej świątecznego charakteru dzięki zespołowi "MUZYCZNY ZAUŁEK" działającemu w naszej szkole pod opieką pani prof. Joanny Majewskiej-Lasek. Nasi śpiewający koledzy umilali nam czas spędzony na auli. Przy ich wesołych i skocznych piosenkach na parkiecie zaistniały pierwsze roztańczone pary! 

W niektórych klasach odbyły się także mikołajki klasowe, polegające na wymianie między sobą skromnych prezentów. Miło było w tym dniu zobaczyć ludzi obładowanych mikołajkowymi prezentami, z brodą i czapką św. Mikołaja oraz Mikołaja samego w sobie! Grudzień jest miesiącem pełnym świątecznego nastroju, który chyba każdy uwielbia, dlatego szkoda, że tak szybko mija.






Święta już tuż tuż...

Siedziałam na małym, wytartym i przepełnionym historią rodziny, fotelu, który pamięta jeszcze czasy dzieciństwa mojej mamy. Kiedyś może był czerwony, ale po jakimś czasie przybrał nie bardzo lubiany przeze mnie odcień różu. Wygodny, choć po tylu latach służenia czuć deski wbijające się nieprzyjemnie w pośladki. Mieścił się on w rogu salonu, w mieszkaniu mojej babci. Wokół panował duży chaos, który ciężko opanować, ale mało kto się nim przejmował, bo im weselsza Wigilia, tym lepsza. Na środku pokoju stał wielki stół przykryty śnieżnobiałym obrusem, a na nim spoczywał skromny stroik, wykonany przez moją kuzynkę. Zrobiony z jasnozielonych i nieco już wysuszonych gałązek jodły, w towarzystwie niedużej czerwonej bańki i niewysokiej świeczki w tym samym kolorze.
Prócz mnie w pokoju dziennym siedział mój tata oraz dwóch dowcipkujących wujków i niezainteresowana ich rozmową ciocia. Dzieciaki biegały po domu, bawiąc się w chowanego. Nie zdawały sobie sprawy, że wprowadzają zamieszanie i denerwują przy tym zabieganą babcię i resztę kobiet, które śpieszą z przygotowaniami. Patrzyłam w okno i wyczekiwałam pierwszej gwiazdki. Chyba czekała aż w domu pojawią się wszyscy, by wtedy przybyć niczym ostatni gość.
W całym domu panował gwar, a w powietrzu tuż nad naszymi głowami unosiły się aromaty potraw. Kapusta, dobrze doprawiony barszcz czerwony i odgrzewana ryba. Odwróciłam głowę, by spojrzeć na domowników siedzących w salonie. Chyba ich przybyło. Wszyscy wdychali zapachy dochodzące z garnków kuchennych. Na twarzach wyrysowany był głód i zniecierpliwienie, bo jak mówi tradycja od śniadania nic nie jedli. Niby rozmawiali i się śmiali, ale tak naprawdę ukradkiem patrzyli na drzwi wyczekując reszty. Znikąd pojawiało się coraz więcej maluchów przyłączających się do zabawy i robiących jeszcze większy harmider. Zdenerwowana babcia prosząca wciąż, żeby się uspokoiły i zasiadły obok okna tak jak ja. Przemierzająca drogę z salonu do kuchni moja mama ciągle szepcząca „Nie zdążymy”.
Była jeszcze grupka starszych dzieciaków, które polowały na prezenty pod choinką. Ciekawość ich zżerała doszczętnie. Pokusa była na tyle duża, że nie poddawały się tak łatwo i ciągle próbowały, ale na ich nieszczęście drzewka, ozdobionego pięknymi różnokolorowymi bańkami, broni, jak co roku, „strażnik teksasu”. Tak nazywamy mojego wujka, który ciągle odgania zdyszane i zmęczone pociechy, rozbawiając przy tym wszystkich zgromadzonych w pomieszczeniu.
Znów odwróciłam głowę od nerwowej i zabieganej rodzin, i spoglądałam w ciemnoniebieskie, a wręcz czarne, zimowe niebo, szukając małej błyszczącej kropki, naszego wyznacznika, gościa honorowego. Spuściłam wzrok nieco niżej przyglądając się ludziom z boku naprzeciwko. Prawie w każdym z okien świeciło się światło, a w pomieszczeniach było widać równie zestresowanych domowników.

Poczułam, że ktoś siada mi na kolanach. Spoglądnęłam na przybysza i zobaczyłam uśmiechniętą, nieco kwadratową, buźkę mojej młodszej kuzynki. Razem lustrowałyśmy niebo, od czasu do czasu patrząc na poczynania rodziny. Salon powoli się zapełniał i robiło się coraz cieplej. Jedyne co wyczuwałam to zmieszane zapachy perfum w powietrzu. Nieprzyjemny, duszący wręcz i niecodzienny zapach, który powoduje niekontrolowane napady kaszlu. Szybkim i sprawnym ruchem otworzyłam okno i wdychałam lodowate, rześkie powietrze.
- Popatrz! Już jest! – wyszeptała moja mała kuzynka z promiennym uśmiechem na twarzy. Spojrzałam w okno. Na czarnym niebie pojawiła się mała błyszcząca gwiazdka, która rozświetliła całą ciemność na niebiosach. Uśmiechnęłam się mimowolnie. Wstałam z fotela i podeszłam do rodziny.
- Pokazała się już pierwsza gwiazdka – oznajmiłyśmy równo. Wszyscy jak na znak wstali, a reszta zgromadziła się w salonie, powodując straszy tłok.
Staliśmy jedno koło drugiego, ściśnięci. W takim tłumie ciężko się oddycha, ale dawałam radę. Mój dziadek, czyli najstarszy członek rodziny i oczywiście pan domu, zaczął modlitwę. Dołączyliśmy do niego. W pomieszczeniu zrobiło się duszno, ale jak zawsze z opresji uratowała nas babcia i otworzyła okno , robiąc mały przeciąg. Matki młodszych dzieci automatycznie przeciągnęły je na drugą stronę pokoju, byle dalej od zimnego powietrza. Zaśmiałam się cicho pod nosem i cofnęłam się. Chciałam być jak najbliżej otworu okiennego. Ciągle ktoś chichotał, ale nie mówię tylko o dzieciach. U mnie w rodzinie rzadko kiedy ktoś zachowuje powagę. Maluchy za każdy nawet uśmiech są szturchane i upominane. Natomiast dorosłym uchodzi wszystko płazem. Babcia stająca w drzwiach ciągle odwraca się w stronę kuchni, jakby bała się, że jakaś podgrzewana potrawa zaraz wybuchnie i zakłóci spokój świąt. Nigdy nie zrozumiem jak można się tak martwić o jedzenie. To tylko symboliczna kolacja, w której niejedzenie jest najważniejsze. Liczy się to, że spotkała się cała rodzina, że są razem i świętują narodzenie Pana Jezusa.

Po skończonej modlitwie czas na dzielenie się opłatkiem i życzenia. Nie lubię tego. To dziwne uczucie. Podchodzimy do każdego, on mówi, ty słuchasz, odpowiadasz szybkie „Nawzajem” lub „Najlepszego”, odłamujecie sobie po kawałku trzymanego w ręku opłatka, po czym odchodzicie. Jeszcze te głupkowate teksty typu „Żebyś znalazła sobie chłopaka…” i „Obyś została lekarzem…”. Zawsze wtedy spuszczam wzrok i lekko się uśmiecham. Najgorsze jest to, ze nigdy nie wiem czego życzyć takiemu 35-letniemu wujkowi. Żebyś spełniał swoje marzenia? To raczej tekst dla dzieci. W tamtej chwili żyje nadzieją, że ten krępujący czas szybko minie. Podchodzę kolejno do pojedynczych członków mojej rodziny i wymuszam uśmiech. Rozglądam się, by sprawdzić czy nikogo nie ominęłam.
W końcu koniec! Siadam w fotelu przy oknie i obserwuje resztę rodziny. Nadal składają sobie życzenia. Młodsze dzieciaki siedzą w kącie i pochłaniają końcówki opłatków, rozmawiając o czymś, i ciągle spoglądając na prezenty. Nie ma się co martwić „strażnik Teksasu” zawsze na stanowisku. W pomieszczeniu jest bardzo głośno i każdy próbuje przekrzyczeć hałas. Donośny baryton mojego dziadka przebija się przez gwar. Czekałam aż wszyscy skończą i przystąpimy do wieczerzy.
Rodzina zasiadła do nakrytego stołu. Oczywiście nie zabrakło miejsca dla zbłąkanego wędrowca. Babcia i niektóre ciotki biegną do kuchni i zaczynają się tłuc garnkami, talerzami i szklankami. Pcha się ich tam co roku tyle, nie wiadomo po co. Dwie dałyby sobie spokojnie radę, a idzie ich tam cała zgraja po przepychać się trochę i denerwować resztę. Nagle wychodzą rzędem, jak żołnierze z różnymi talerzami wypełnionymi po brzegi jedzeniem. Wszystkie oczy się świecą, a uśmiechy z twarzy nie schodzą. Zabierają się za nakładanie i jedzenie. Zajadając aż im się uszy trzęsą. Dzieciaki dość zamaszyście wymachują widelcami, więc na śnieżnobiałym obrusie pojawiają się czerwone kropki.
Najciekawszą częścią tego wieczoru jest jedzenie pierogów. U nas w rodzinie zawsze do niektórych są wkładane monety dziesięciogroszowe i dwudziestogroszowe. Jak ktoś taką znajdzie będzie miał szczęście przez cały rok. Maluchy nakładają sobie po dziesięć sztuk i przekrawają energicznie na pół. Jak w środku nie ma pieniążka to odkładają na bok. Rzadko kiedyś któreś z nich je zje, zawsze tą robotę zostawiają swoim rodzicom. Dorośli również uczestniczą w wigilijnej rozrywce, z taką różnicą, że zjadają nałożone pierogi bez względu na to czy tam jest moneta, czy też nie. Obserwuje poczynania moich kuzynów. Jak już ktoś znajdzie pieniążka, ogłasza to całej rodzinie z entuzjazmem.
Przy stole panuje rodzinna i wesoła atmosfera. Pomimo bałaganu babcia się uśmiecha i przygląda swoim najmłodszym wnukom. Założę się, że co roku musi kupować nowy obrus.
- Prezenty! – krzyczy jeden z kuzynów, gdy wszyscy kończą jeść.
Tradycyjnie siadam przy choince i rozdaje małe, skromne pakunki. Nie zawsze są to jakieś poważne prezenty. Często robimy sobie żarty i kupujemy coś śmiesznego. Na przykład mój wujek dostał wielką piżamę pajacyka. Jest on dość wysoki i jak ją przymierzał, wyglądał przekomicznie. Wszyscy się śmiali i robili zdjęcia. Dzieciaki z iskierkami radości w oczach oglądają swoje podarunki i chwalą się reszcie. Całe grono jest zadowolone. Znamy się na tyle dobrze, że wiemy co kogo ucieszy.
Wieczór kończymy śpiewaniem kolęd. Kuzyn siada na środku na krześle z akordeonem i zaczyna wygrywać melodie różnych kolęd. Nie każdy w mojej rodzinie ma talent wokalny, ale nikt się tym nie przejmuje. Nasz donośny śpiew roznosi się po pomieszczeniu, odbijając się do ścian.

Praktyki w Bielefeld

Trzy tygodnie. Ponad 1000 km od domu. Dziewiętnastogodzinna podróż autobusem dała nam wszystkim w kość. Na początku tryskaliśmy energią. Gra w karty, śmieszne żarciki, opowieści, śpiewanie piosenek - gdyby nie my, w autobusie panowałaby cisza, jak makiem zasiał, a tak to pasażerowie mieli kilka godzin rozrywki! Czas leciał szybko, dopóki nie nastała noc. No i się zaczęło... Jakby się tu wygodnie ułożyć i co zrobić z nogami? Czy wypada zasnąć na ramieniu koleżanki/kolegi? Wypadało. Sen wziął górę i w efekcie spaliśmy jedno na drugim, oprócz tego, co siedział przy oknie. To póki co mój najdłuższy wyjazd. Trochę samodzielności nie zaszkodzi. Przyznam nawet, że podobało mi się takie życie i dopóki miałam pieniądze, mogłabym tak funkcjonować. Na początku było trudno. Nasze obawy dotyczyły głównie nowego nieznajomego miejsca oraz przyszłej pracy. Czy trafimy do firmy? Jaki będzie nasz szef? Czy się z nim dogadamy? Niepotrzebnie się martwiliśmy. Poszukiwanie naszego miejsca pracy zajęło kilka godzin, lecz okazała być się to niezła zabawa w podchody! Mieliśmy tylko niedokładną mapę miasta i rozkład jazdy tramwajów, lecz intuicja doprowadziła nas do celu. Międzyczasie poznaliśmy z grubsza kulturę i zachowania rodowitych Niemców. Osobiście jestem zachwycona ich otwartością, wyluzowaniem i poczuciem humoru!


Drugi dzień rozpoczął się dla nas dosyć wcześnie. Budzik o godzinie 7.30 miał być ostateczną pobudką i tak już do końca naszych dniu w Bielefeldzie. W małym pięcioosobowym gronie przyjęło się, że chłopcy z rana robią śniadania, a dziewczyny (z racji tego, że wcześniej kończyłyśmy pracę) przygotowujemy obiady. Pierwsze posiłki dnia były w miarę zróżnicowane, czego nie można powiedzieć o obiadach. Przez dwa pierwsze tygodnie żywiliśmy się kurczakiem, ryżem i warzywami; ryżem, kurczakiem i warzywami; warzywami, kurczakiem i ryżem. Zazwyczaj składniki te przybierały postać risotto. Żeby zaoszczędzić wody, płynu do naczyń i czasu, jadaliśmy z jednego wielkiego półmiska. Opcja ta została wykluczona, dopiero kiedy odkryliśmy mrożone pizze z Lidla i zmieniliśmy jadłospis. Mrożonka za 1 euro to luksus, więc zagościła na naszym stole do końca wyjazdu. Ale żeby nie było tak nudno i standardowo muszę wspomnieć o jednym nieodłącznym elemencie tamtejszej kuchni (czyt. pomieszczenia). Specyficzna woń - czuć ją było tylko i wyłącznie, kiedy otwierało się drzwi prowadzące do kuchni oraz po wyjściu z niej, kiedy to ubrania i włosy były przesiąknięte zapachem ryby z oczami smażonej na czarnym oleju. Kiedy człowiek wyszedł spod prysznica lepiej, żeby nagle nie zgłodniał, bo będzie się musiał myć jeszcze raz.



Praca w firmie Neue Westfalische była strzałem w dziesiątkę! Przez dwa miesiące wałkowaliśmy język angielski, aby móc porozumiewać się z szefem, po czym okazało się, że nasz szef z angielskiego najlepszy nie jest. Stosowaliśmy zatem język niemiecko-angielsko-migowy i przyznam, że większych problemów z komunikacją nie było. Każdy z nas dostał swoje stanowisko z komputerem i minimum dwoma monitorami oraz tutoriale do wykonania. Osobiście zrobiłam trzy, co i tak pomogło mi nauczyć się programu Illustrator, ale później przerzuciłam się na edycje kodów HTML. Tak mniej więcej zmieniłam wygląd bloga swojego, oraz szkolnego przy pomocy koleżanki. I tak codziennie przez piec dni w tygodniu, po 5 godzin siedzenia przy biurku, ale w towarzystwie szefa rozdającego czekoladki i głośno śpiewających sobie współpracowników praca to sama przyjemność.






Wydawać by się mogło, że wpadliśmy w rutynę. Śniadanie, praca, obiad, spać. Na szczęście weekendy mieliśmy wolne! Sobota i niedziela były dniami długiego spania. Nigdy jeszcze nie spałam tak długo, chyba że po jakiejś imprezie. Tutaj imprezowaliśmy we własnym gronie. Długie wieczorki szczerości bardzo nas przed sobą otworzyły. Oglądanie filmów do późna zawsze kończyły się niekontrolowanym zasypianiem. Niekontrolowane spanie dopadało nas również w tramwajach i autobusach. Dopiero teraz odkryłam, jakim jestem śpiochem. Soboty poświęcaliśmy na zakupy. Jak w tygodniu kupowaliśmy wyłącznie jedzenie, tak w weekendy szwendaliśmy się od sklepu do sklepu nieważne jakiego. Pod koniec mieliśmy już swoje ulubione miejsca, gdzie asortyment nas zachwycał! No dobra... Tylko mnie i koleżankę, bo chłopcy chodzili za nami posłusznie i nosili nasze bagaże bez słowa sprzeciwu.

Bielefeld nie jest komercyjnym miastem. Poza zabytkowym ratuszem, kilkoma fajnymi sklepami, wypasionym basenem i rewelacyjną komunikacją miejską nie ma tu nic ciekawego. W niedziele wszystko jest pozamykane, więc z góry byliśmy skazani na siedzenie w schronisku. O dziwo nuda nas nie dopadła. Nawet bezczynne leżenie w łóżkach uważaliśmy za ciekawe i produktywne zajęcie. W pewną niedziele pod wieczór wybraliśmy się do pana kierownika domku studenckiego na mini party. Muzyka, czipsy, bilard i czego nastolatkom więcej do szczęścia potrzeba? Innym razem odwiedziliśmy miasto Paderborn. Tam się dopiero zrobiło zakupy! Miałam tak obładowany plecak, że biedny nie wytrzymał i zmuszona byłam kupić nową dużą torbę! Główna ulica tego miasta to istny raj dla zakupoholików. Polecam na gorąco! Nie obyło się bez zwiedzania, ale kto by narzekał, wiedząc, że za chwilę pojedziemy na swoisty obiad. Faktycznie był to najlepszy posiłek, jaki miałam okazję skonsumować przez te trzy tygodnie. Frytki, kurczak w sosie słodko-kwaśnym, sałatki full wypas, sushi, a na deser owoce, lody i kawopodobne cappuccino! A to wszystko za jedyne 10 euro! Płacisz i jesz do syta, na cokolwiek masz ochotę. 


Nie powiem, żeby nas tam rozpieszczali. Nie byliśmy też traktowani jako tania siła robocza, ale po prostu goście z Polski. Praktykanci, których trzeba przywitać, pokazać trochę świata, a później niech sobie robią, co chcą. To było fajne, bo mieliśmy możliwość zwiedzenia kilku muzeów, poznania nowego miasta, a nawet gościliśmy w ratuszu na spotkaniu z panią wiceprezydent! Ostatnim punktem wyjazdu były odwiedziny w naszej szkole partnerskiej i uczestnictwo w lekcjach naszych niemieckich rówieśników oraz podsumowanie praktyk. I tu się przydał nasz angielski!



Syndrom odchudzania - czyli jak się za to nie zabierać!

        Najpierw tylko się zastanawiasz. Przyglądasz się uważniej swojemu odbiciu w lustrze i powoli dostrzegasz narastające tłuszczem fałdki, które masz od dawna, ale dopiero teraz zaczynają Ci przeszkadzać. Akceptacja i pewność siebie nagle pakują walizki i wyjeżdżają na nieplanowane wakacje, a wątpliwości wynajmują pokój jak najbliżej rozumu. Prawdziwy dramat zaczyna się gdy dostrzegasz, że ulubione dżinsy, w których kiedyś czułaś się tak jakbyś się w nich urodziła, nie leżą już tak fenomenalnie. Twoja ukochana koszula trochę za bardzo uwydatnia powiększające się z każdym dniem boczki, które Twoim zdaniem wylewają się wręcz z obciskających je spodni. Przerażona siadasz przed komputerem i szukasz w Internecie „złotych rad” i „diety cud”. Obiady mamy zalatują goryczą wyrzutów sumienia, więc zjadasz o połowę mniej niż zazwyczaj. Idąc ulicą i wcinając pyszną kanapkę z kurczakiem masz wrażenie, że słyszysz złośliwe myśli mijających Cię ludzi. „Taka gruba i jeszcze je!”; „Nie za dużo kalorii jak na takiego grubasa?!”. Zwykłe słowa stają się dla Ciebie obraźliwe.
      — Odsłoń! – krzyczy tata oglądając jakiś niesamowicie nudny mecz. Biegniesz przerażona do lustra i obracasz się po raz kolejny tego dnia lustrując swoje ciało.
      — Słoń? Nie wiedziałam, że tak ze mną źle – szepczesz do siebie łapiąc w dłoń jakąś naciągniętą i jedyną fałdkę.
      Wszystko Cię drażni. Zdjęcia modelek w Internecie, które są przerobione na wszystkie możliwe sposoby i choć o tym wiesz, czujesz się jak matka słonica w ciąży. Młodsza siostra, która tak naprawdę jest za młoda na cellulit czy tam jakieś rozstępy. Mama, która wciąż kupuje ciasteczka, by mieć co schrupać do kawy „No bo jakże to kawa bez ciastka! To jak kobieta bez fochów!”. Nawet babcia, której wypieki nigdy Ci nie szkodziły, stała się babą jagą, który chce Cię utyć, by potem móc Cię zjeść.
      Jesteś przerażona i właśnie wtedy chcesz. To jest etap najdłuższy i wymaga najwięcej wysiłku.
Pierwsze co robisz to biegniesz do sklepu sportowego. No, bo jakże to sport bez dobrego obuwia! Kupujesz buty, które są super i robią wszystko – tak zapewniał sprzedawca- za całe kieszonkowe. Później postanawiasz zainwestować w jakiś sprzęt do domu, bo jak wiadomo zima jest, więc nie będziesz biegała, co to, to nie. Wydajesz kolejne nie małe pieniądze na jakieś dziwne plastikowe i metalowe rzeczy, które nawet nie masz pojęcia do czego służą. Jesteś tak zdeterminowana, że w sklepie spożywczym przełykasz ślinę po czym przechodzisz z podniesioną głową koło regału ze słodyczami wmawiając sobie, że wcale ich tam nie ma. Na drogę powrotną zakupujesz zielone jabłko i omamiona motywacją oraz przeciążona reklamówkami wracasz do domu.
      Pierwsze kilka dni idzie Ci całkiem nieźle. W miarę ćwiczysz oraz nie jesz żadnych słodyczy. Ciastka, które jak co dzień spoczywają sobie na talerzyku w salonie kuszą każdego dnia, ale Ty dzielnie to znosisz. Warzywka na parze, chude mięsko i odtłuszczony jogurt to Twoi przyjaciele. Z rana pyszna owsianka, która wygląda jak rozmokła bułka, polewasz ją musem truskawkowym i zaciskasz powieki pochłaniając małą miseczkę tego glutowatego świństwa bez smaku, udając przed wszystkimi, że nie jadłaś nigdy nic smaczniejszego. Zero tłuszczu i cukru, bo przecież gorzka herbata jest bardziej aromatyczna. Kawa z mlekiem sojowym, a do tego ciasteczka owsiane. Same pyszności.
        Najgorsze co może być to spotkanie z przyjaciółkami. Długowłose paple, które nie dość, że chude, zgrabne i powabne to jeszcze ładne. Oczywiście ploteczki bez ciasteczka i gorącej czekolady są niedopuszczalne. Siedzisz między nimi i wdychasz te zapachy wyklinając w głowie tą paskudną dietę. „Co tam dieta! Źle Ci było między pączkami, przesłodzoną kawą i kebabami?” – wciąż zadajesz sobie to pytanie. Masz ochotę wstać i iść sobie kupić ogromny kawał ciasta czekoladowego z bitą śmietaną, a do tego największy kubek czekolady jaki się da. Masz nawet kilka podejść, ale wyrzuty sumienia, które zamieszkały na miejscu wątpliwości, za każdym razem popychają Cię w stronę łazienki, by nie wyjść na niemądrą.
Po dwóch godzinach spotkania byłaś w toalecie już cztery razy i masz ochotę podjąć się następnej próby. Wygrywasz tę walkę i wychodzisz ze spotkania zwycięsko.
        Mija drugi tydzień i poranki są najgorszą porą dnia. Jesteś gotowa głodować byle by tylko nie musieć znów jeść tego świństwa. Popołudniu odbywasz swój kolejny trening. Na ekranie Ewa Chodakowska z tym swoim idealnym ciałem rozkazuje Ci jak marionetce, a Ty potulnie robisz wszystko co karze, bo wierzysz, że będziesz wyglądać tak jak ona. Masz ochotę zwalić się na ziemie i błagać wszystkie słodycze tego świata o wybaczenie. Nie robisz tego jednak i grzecznie dokańczasz trening.
       Mija tydzień trzeci. Wiesz, że minęło już dużo czasu. Wygrałaś niejedną walkę z pysznościami, a wizyty u babci są już nieco mniej bolesne. Treningi Ewy Chodakowskiej znasz na pamięć i wciąż na około sypiesz dobrymi radami wmawiając sobie i innym, że jesteś idealna, bo się odchudzasz. Tata już się z Ciebie nie nabija, bo widzi, że się nie poddałaś. Idealne ciało Twojej młodszej siostry już Cię nie dołuje. Czujesz jakbyś spaliła ponad trzydzieści kilo, więc z samiutkiego rana, oczywiście na czczo, postanawiasz stanąć na wadze, która w tej chwili staje się Twoją wyrocznią przepowiadającą Ci przyszłość. Zamykasz się w łazience i zrzucasz z siebie dosłownie wszystko tak, by nic czasem Ci nie ciążyło. Bierzesz głęboki wdech i stresujesz się tak mocno, jakbyś za chwile miała zdawać maturę ustną z polskiego. Robisz pierwszy krok, który jest najtrudniejszy. Drugi nie sprawia Ci tyle problemu, ale jest decydujący. Otwierasz oczy i spoglądasz w dół. Na małym szkiełku cyferki wciąż przeskakują, ale Ty już widzisz, że prawdopodobny wynik Ci nie odpowiada. Wtedy nagle świat się zatrzymuje wraz z liczbami. Koszmar. Nie schudłaś, wcale! Ani grama!
     Szybko podnosisz to małe diabelstwo, które rujnuje życie niejednej osobie i sprawdzasz czy wszystko z nim w porządku. Baterie są, nic się nie ułamało, nóżki też są na swoim miejscu, więc co?! To przecież nie możliwe, żebyś nie schudła!
Świat Ci się wali na głowę. Jesteś przerażona. Z otępieniem się ubierasz, wciąż się zastanawiając jak to jest możliwe.
      Przez cały dzień jesz jeszcze mniejsze porcje niż wcześniej, jeszcze nie przegrałaś, jeszcze możesz przecież walczyć. Ubierasz strój sportowy z mniejszym entuzjazmem niż zazwyczaj. Stajesz przed laptopem i włączasz doskonale Ci znany trening. „Nazywam się Ewa Chodakowska, jestem trenerem personalnym i chce Ci pomóc spełnić marzenia…”- słyszysz pierwsze słowa i czujesz narastającą w sobie złość.
        — Kłamca – szepczesz pod nosem i opadasz na fotel. Patrzysz jak Ewa motywuje Cię do działania i wylewa siódme poty, ale Ty sobie nic z tego nie robisz. Wcinasz wafelki śmietankowe, bo to Twoje ulubione i komentujesz każdy jej ruch – Dobrze Ewka! Dawaj! Jeszcze tylko pięć! – śmiejesz się pod nosem – I po co mi była ta dieta? Mogę być gruba – i tak właśnie kończy się Twoje odchudzanie, ale przynajmniej jesteś szczęśliwa i uśmiechnięta.